Mgliste przemyślenia…

Wyprawa
na Lubomir
rozpoczęła się
ogromnym zmęczeniem
po niepodległościowym Turbaczu.
Jak jeszcze
zobaczyłam
szarą mgielną
zasłonę na niebie,
pomimo zapowiadanej
niczym niezmąconej
słonecznej pogody,
to przez moment
doświadczyłam
zawahania
i tysiąca myśli
wyrażających:
„Po co Ci to?
Chcę Ci się iść,
jeszcze w taką pogodę?”
„Tak” –
odpowiedziałam
zdziwionym tym faktem
myślom.
„Bo obiecałam sobie
spełniać
swoje marzenia
i nie poddawać się
strachowi.”
Ruszyłam,
a mgły, które uwielbiam
obserwować,
rekompensowały mi
wszelkie niedogodności.
Pierwszy raz
byłam w Beskidzie Makowskim.
Szło się przyjemnie,
choć stale
pod górę.
I nagle,
tuż przed szczytem,
mgły się rozstąpiły
i wyszło słońce,
tworząc takie
promienne cuda,
że po raz kolejny
z zachwytu
zapłakałam…
To był magiczny moment…
Ale nie ostatni,
bo Lubomir
obfituje
w cuda
i piękno.
I w życiowe nauki.
Czego się nauczyłam
tam,
na najwyższym szczycie
Beskidu Makowskiego?
Po pierwsze,
że z mgłą
jest czasem tak,
jak z naszym życiem:
myślisz, że
ciemno,
nic nie widać,
nie wiesz,
którędy biegnie
droga,
bo wszystko
przesłania
mgła:
jest Ci
szaro,
ponuro,
zimno
i zaczynasz wierzyć,
że tak już będzie zawsze…
Że słońca
nie ma,
ono nie istnieje…
A nagle,
gdy już podejmiesz
wysiłek,
by ruszyć się
z tej osaczającej
ciemności,
nieważne
czy skutecznie
czy nie,
byleby nie tkwić
w tym samym
miejscu,
nagle
mgły się rozstępują,
ciemność i chłód
znikają,
a Niezwyciężone Słońce
przedziera się
z uporem maniaka
przez
szarą ścianę
naszych własnych
myślowych
klatek.
Po drugie,
Lubomir nauczył mnie,
elastyczności mentalnej
i bycia dobrą dla siebie.
Jak?
Wstając rano,
nie obudziłam się
o zaplanowanej godzinie.
Włączył mi się
tryb besztania,
poganiania siebie,
wyrzucania sobie,
że mogę gdzieś (gdzie?),
na coś (na co?)
nie zdążyć,
że coś mnie
pięknego
ominie…
A na szczycie
okazało się,
że gdybym wstała
o ustalonej godzinie,
wyjechała punktualnie,
to nie zobaczyłabym
tej gry
światła i mgły,
tego tańca,
który zaczął się,
gdy stawiałam
ostatnie kroki
przed szczytem.
Gdybym była
punktualnie,
przegapiłabym
słońce…
Po trzecie:
patrzenia wyżej,
z dystansu.
Nauczył mnie,
że Słońce
zawsze świeci,
nawet jeśli tego
nie widać.
Ono tam jest,
w górze,
wyżej,
po wysiłku
z mojej strony.
Po czwarte,
delektowania się
każdą smużką
światła,
chłonięcia promieni
słonecznych,
jakbym była
panelem słonecznym,
ładującym swoje
baterie duchowe.
A po piąte:
nawet jeśli wydaje się,
że wracasz
w to samo
miejsce,
w tę samą
ciemność,
szarość,
mgłę,
to po wysiłku,
na szczycie
widziałeś to,
czego inni
nie dostrzegli,
tylko Twoje oczy
ujrzały to,
co odmieniło Cię
od środka…
Więc być może
wracasz w to samo
miejsce,
ale wracasz
inny,
promienny,
naładowany,
słoneczny:
światło,
które ujrzałeś,
prześwietliło Cię,
przeszyło Cię
na wylot
i już nigdy
nie będziesz
taki sam…
Ciemność w dolinach
może być
taka sama,
ale Ty wracasz
odmieniony.
I nikt Ci już
nie wmówi,
że istnieje
wyłącznie ciemność,
że słońca
nie ma…
Jesteś
Niezwyciężony!

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *