Zaskakujące Pieniny.

Trzy Korony i Sokolica,
to miała być wyprawa
jedna z wielu
w moim
życiu,
a zaskoczyła mnie
totalnie!
To miała być
standardowa,
trochę z przymusu,
wędrówka na szczyty,
które znam
na wylot.
A okazało się,
że – parafrazując Gandalfa –
„możesz
i sto lat
chodzić po górach,
a one
i po stu latach
potrafią Cię
zaskoczyć”
I choć momentami
wydawało mi się,
że nie wejdę,
nie zrobię
ani kroku dalej,
to widząc mgłę
i marząc
o ujrzeniu
na żywo
słynnych
„mgieł pienińskich”
(czyli inwersji termicznej),
w końcu
zdobyłam
Trzy Korony,
a na nich…
zamarłam
z zachwytu!
Bo to,
co ujrzałam
przerosło
moje marzenia
i sny…
Piękno,
które wywołuje
łzy wzruszenia,
porażenia.
Absolutnie fantastyczny,
nie z tej ziemi,
a jednak z tej,
widok…
Czuję się
totalnie wzruszona
i do głębi
przejęta,
że mogę być
świadkiem
takich cudów.
Na Sokolicę
zaczęłam wędrówkę
o 13:30,
czyli
jeszcze później
niż na
Czupel,
co trochę
odejmowało mi sił,
bo wiem po sobie,
że popołudnie
jest od schodzenia,
a nie dopiero
ruszania pod górę.
Przemogłam się jednak,
pociągnięta chęcią
doświadczenia,
co Sokolica
ma mi do
zaoferowania.
Ale żeby się o tym przekonać,
musiałam
zmierzyć się ze swoją
słabością,
naprawdę
myślałam, że
nie wyjdę…
Po wielu,
a ciężkich podejściach,
znalazłam się
na szczycie,
a to zobaczyłam
w sekundzie
zregenerowało
moje siły,
zwłaszcza duchowe,
i zrekompensowało
mój nadludzki
wysiłek…
„Trafiłam”
na zachód słońca
nad Tatrami,
które postanowiły
pokazać się
światu
zza zasłony
mgieł…
Hojna zapłata
za trud wędrówki…
Aż nie chciałam
odchodzić…
Moja wdzięczność
za spełnione marzenia
wylatywała ze mnie
z każdym oddechem…
No bo jak mogę
nie być
wdzięczna,
jeśli na mgły pienińskie
polowałam
całe swoje życie
i w końcu
pozwoliły mi się
złapać,
uchwycić,
zatrzymać
w pamięci…
Przeżyłam
mist-ykę
(ciekawe, że „mist”
w języku angielskim
oznacza
mgłę 😉)
w Pieninach,
choć w ogóle
się tego nie
spodziewałam…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *