Story 19: Szkocka wiosna i pierwszy munros

Wiosna zaczęła się

dla mnie

już w lutym.

A później tylko

koniunkcja

i cała przyroda

mówiła mi, że

miłość jest wszędzie.

No może jedynie śnieg

i zima próbowały coś wskórać,

by wygrać tę bitwę.

Przyznam szczerze,

że zimy miałam już

po dziurki w nosie,

mając wiosnę w sercu.

Niewiele nagrywałam…

W oczekiwaniu

na kolejne spotkanie

próbowałam odnaleźć się

w nowej,

związkowej rzeczywistości…

Nie mogłam się doczekać…

ale skoro czas i tak upłynie,

I choć nastąpiła

bardzo irytująca

dylatacja czasu,

bo czas dłużył się

niemiłosiernie,

to i tak lubiłam oglądać

wschody słońca,

wydłużający się dzień,

słuchać świergotu ptaków…

Wzięłam się też za bieganie.

W końcu temperatura

przyjemnie wiosenna.

Ale jak to w marcu bywa,

jak w garncu,

na drugi dzień

sypnęło śniegiem….

I chyba naprawdę miałam już dość

zimy…

W grudniu,

w listopadzie,

ucieszyłabym się z białego puchu.

Ale nie w marcu,

W tym roku zima była

wystarczająco długa,

ponura i

bardzo męcząca…

Oby w Szkocji wiosna zawitała

na dobre…

I doczekałam się,

nareszcie!

Uwielbiam latać samolotami.

Chyba najbardziej w podróży samolotem lubię to,

że jakkolwiek ponuro byłoby na dole,

to w górze zawsze świeci słońce,

zawsze…

Znika pochmurna otoczka problemów,

które zostały na ziemi,

a jest tylko światło i błękit nieba.

Z góry chmury wydają się być

mniej dołujące,

piękne,

za każdym razem inne…

Jak mięciutka wata,

w którą można wylądować…

I nareszcie Szkocja

i Glasgow…

i Wojciech! <3

Spacerom, radości, śmiechowi

i wiośnie

nie było końca!

Poszliśmy też do kościoła,

który ostatnio pokazywałam w filmie.

I spełniłam kolejne swoje marzenie

o ściance wspinaczkowej.

i bardzo, bardzo mi się spodobało!

Podczas codziennych spacerów

odkryłam pewien zwyczaj brytyjski:

otóż, w Wielkiej Brytanii zamiast pomników nagrobnych

rodzina bardzo często funduje ławki w parkach.

Słoneczko przyjemnie wiosenne,

ale szkocki wiatr nie dawał zapomnieć

o zimie…

W sumie, te spacery to był tylko

trening

przed szkockimi munrosami.

Wybraliśmy szczyt

Ben Lomond (974 m n.p.m.)

nad przepięknym jeziorem

Loch Lomond.

Pogoda naprawdę rozpieszczała,

jak na szkockie warunki.

Aż żal było nie skorzystać

i i nie wejść na tę górę.

Loch Lomond i Ben Lomond,

to w sumie tak jak u nas w Polsce

Morskie Oko –

jak tylko pojawia się ładna pogoda,

to jest mnóstwo ludzi…

Zrobiliśmy też przymiarkę naszego,

planowanego nazajutrz spanka na dziko,

w samochodzie.

Wojtuś przygotował naszą Hondę

na kampera:

dociął materace,

zamontował półki,

specjalne gniazda

do ładowania sprzętu

z solara,

(który też zamontował)

zasłonkę zaciemniającą

i nawet rolety do szyb samochodowych 🙂 :*

Ale najlepsze co mieliśmy,

no oprócz nas oczywiście,

to niesamowite widok za szybą.

Jest takie powiedzenie w Szkocji:

Po czym można rozpoznać człowieka spoza Wielkiej Brytanii?

Po tym, że jest najcieplej ubrany.

Byliśmy najcieplej ubranymi ludźmi

na całym szlaku.

Wszyscy miejscowi wychodzili do góry

w koszulkach i krótkich spodenkach…

Zahartowani…

Może i ja tak kiedyś będę zdobywać

munrosy szkockie?

Póki co, wolę ciepełko.

Była to wyczerpująca dla mnie trasa

i miałam kryzysy po drodze.

Ale dzielnie i uparcie prułam do góry.

Nie chciałam odpuścić.

Czasem tylko pytałam Wojtka,

jak osiołek ze „Shreka”:

„Daleko jeszcze? Daleko jeszcze?”

W mniej więcej 3,5 do 4 godzin można wyjść na ten szczyt.

Nam zeszło troszkę dłużej

ze względu na moją kondycję.

Ale i tak jestem z siebie zadowolona.

A te widoki

nie do opisania.

Zakochałam się w tych krajobrazach.

Niecała wysokość Mogielicy,

a przewyższenie jak w drodze na Rysy…

Ben Lomond został moim

pierwszym munrosem

z 282 😉

Ben Nevis zimą miał być pierwszy,

ale nie chciał być pierwszy,

szkoda,

za to Ben Lomond jest pierwszy.

Najfajniejsze było to,

że nigdzie nie musiałam się spieszyć.

Totalna wolność!

Po prostu mogliśmy

podziwiać przyrodę,

przepiękną przyrodę…

Na schodzenie ze szczytu

wybraliśmy inną trasę.

Dobrze że nie wychodziliśmy nią do góry,

bo chyba bym się załamała.

Ale schodzenie w dół wyszło mi całkiem nieźle.

A widoki zapierały dech w piersiach

niezmiennie i stale.

Pierwsza nasza zdobyta wspólnie góra.

I mój pierwszy munros.

I tego mi brakowało…

Zdobywania szczytów z kimś…

Wreszcie mogę podzielić się z kimś wrażeniami,

tym co czuję, kiedy widzę takie piękno…

I nie muszę tego zatrzymywać w sobie.

Fantastyczne uczucie!

Zachód słońca nad Loch Lomond

do reszty wypełnił nasze zasoby piękna.

I zachęcił

do dalszego zdobywania munrosów.

Obiecaliśmy sobie,

że wrócimy jeszcze na Loch Lomond…

… na biwak 🙂

 

…ciąg dalszy nastąpi…

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *